Business trip

0

Uwaga, w tekście nadużywany jest ponad miarę i przyzwoitość zwrot „business trip”. Nie będę stosował polskiego odpowiednika ”podróż służbowa”, bo ta zarezerwowana jest dla posłów i urzędników i zazwyczaj nic z niej nie wynika.

Zimne mieszkankoJest taka z scena w firmie „Up in the Air” gdy Ryan Bingham (George Clooney) wraca do domu po podróży biznesowej. Wchodzi do samotnego, sterylnego od życia pomieszczenia, które bardziej przypomina dwugwiazdkowy hotel niż dom. W szafie a’la pałąk na nóżkach wisi tylko rząd ciemnych, klasycznych garniturów. Clooney patrzy i chce wyjść.

Nie rozumiałem tej sceny aż do czasu moich business tripów do Londynu, kiedy to 2 na 3 tygodnie byłem tu lub tam. No bo czemu on sobie tego jakoś nie ocieplił, czemu nie miał nic w lodówce, czemu nie miał banana na szafce i czemu nie miał szortów i casualowej koszuli na wieszaku? Dziś już to czuję. Posiadanie takich rzeczy lub zaopatrywanie domu na kilka dni w prowiant nie ma sensu i z finansowego i z logistycznego punktu widzenia. Byłem w podobnej sytuacji, sam w mieszkaniu, które – sam już nie wiedziałem, czy jest domem czy hotelem. Czy warto kupić coś do lodówki, czy zdążę to zjeść i czy trzeba będzie pamiętać, bu to jeszcze wywalić, żeby nie zżarło resztek domu, kiedy zacznie samoczynnie chodzić? W tym okresie atrakcyjne stawało się też długie siedzenie w biurze nawet wtedy, gdy nie było tam już nikogo. Bo w zasadzie to miejsce od domu niczym się nie różniło, a trzeba było jeszcze zmarnować trochę czasu na przemieszczenie się z jednego do drugiego.

Tak, zrozumiałem – abstrahując od innych wątków życiowych problemów bohatera filmu, że ten koleś żył On The Air i to mieszkanie było mu po prostu zbędne, było kulą u nogi, którą trzeba posprzątać, zaopatrzyć i opłacić.

Facet żył i był “business trip type”. Dla wielu tak atrakcyjne, że aż zazdroszczą. Znów gdzieś jedzie, dziś Londyn, jutro Madryt, pojutrze Frankfurt. Sam będąc młodym, dobrze zapowiadającym się pracownikiem firm usługowych mających klientów All Over The Warsaw marzyłem o business tripach, wielkim świecie, podróżach, przelotach i stemplach w paszporcie, które wówczas, w czasach pre-shoengenowskich jeszcze się zbierało. Ale to ściema. Jeśli miewasz prawdziwe business trips, nie jesteś urzędnikiem, posłem lub innym taxssaczem, który odbywa wizyty studyjne lub tzw. podróże służbowe, i liczysz, że dzięki business trip coś zobaczysz lub poczujesz, to się grubo mylisz. Po prostu wygląda to mniej więcej tak jak w filmie „Snatch”, gdzie kilkukrotnie powtarzane „I’m coming to London” w sekwencji telefon – fotel w samolocie – pięćdziesiątka alkoholu – lot – taxi – hotel oddaje całego ducha business tripów.

Mój pierwszy business trip odbył się już w pierwszej mojej pracy. Jechaliśmy samochodem wraz z właścicielem kreatywnej firmy usługowej, Panem Henrykiem, byłym muzykiem jazzowym na pitch do Krakowa. Niesamowicie podekscytowany wyjazdem stawiłem się z rana pod biurem. W drodze Pan Henryk przez całe 300 km szukał tego właściwego utworu, racząc nas fragmentami, ładnych skądinąd, jazzowych kawałków. Nie puścił żadnego w całości. Ja, jako tzw. młody jechałem na samym końcu wypasionego amerykańskiego vana, na dostawce, która była twarda, niewygodna i położona blisko głośników. Ale kto by się tym przejmował, jest business trip, coś się dzieje. Była tabliczka Kraków, był klient, który akurat miał siedzibę zaraz za tabliczką i był koniec spotkania. Pyk, bańka pęka, bo to już i w zasadzie musimy wracać, znów 3 godziny kawałków po 10-30 sekund. Kraków żegna.

Potem były czasy znacznie ciekawsze, była inna firma usługowa, wielkie miasta – Poznań, Lublin, Łódź, Gdańsk – w schemacie dom, taxi, pociąg, dworzec, taxi, klient, taxi, dworzec, taxi, dom. W dodatku czasy takie, że nie było smartfonów ani laptopów, czyli jak nie miałeś książki albo gazety to jedna wielka nuda przerwana godzinnym spotkaniem. I tak np. Poznań poznałem tak doskonale, że znałem na pamięć dworzec, rozkład jazdy PKP, ewentualnie drogę na targi, a nigdy nie byłem na rynku, nigdy nie zjadłem tam nic porządnego, nie wspominając już o jedzeniu lokalnym. Był też Kraków jako siedziba naszej firmy usługowej, gdzie wraz z rozwojem i zaprzestaniem bycia tzw. młodym a rozpoczęciem etapu aspirującego goniłem co poniedziałek na steering committee. Tu można już było dorobić się pełnej pamięci mięśniowej: wstać, ogarnąć się, wyjść do taxi, potem na dworzec. Ustawić się na Centralnym w odpowiedniej odległości peronu naprzeciwko ostatniego wagonu, w którym był luz. Drzemka, Kraków, taxi, biuro, kawa – jest! Żyję! – spotkanie, taxi, Dworzec Główny i odmierzona odległość na peronie na wysokości początku składu, gdzie zawsze były luzy… Po miesiącu takich podróży już wiedziałem nawet po pierwszej zwrotnicy, że skład jest źle spięty z lokomotywą i że będzie szarpać. A Krakowa znów nie widziałem, choć mogłem taksiarzy instruować o sposobie omijania korków na dworzec w wielkim krakowskim popołudniowym szczycie.

Życie toczyło się dalej, były nowe wyzwania, nowe firmy usługowe realizujące lepsze usługi, przyszły czasy business trip’ów zagranicznych. I co? No zgadnij, np. Frankfurt, klient, banki i euro. Pewnie fajne miasto. Po researchu przed pierwszym wyjazdem wiem, że jest wjazd na wysoki budynek, gdzie można zobaczyć panoramę miasta i okolic, jest fajny rynek na starym mieście, są fajne stalowe mosty i nadbrzeże Menu, katedra. Tak są. Istnieją i istnieć będą, ale nie dla ciebie. Może zdążysz wyskoczyć wieczorem trochę pooddychać nieklimatyzowanym powietrzem i może zdążysz podejść pod pomnik Euro w city. Ale raczej to będzie biuro klienta, hotel, praca. Byliśmy tam z Olgą, moim PM-em, i gdyby nasze teksty, zwyczajowe zagajki w hotelu usłyszeli nasi życiowi partnerzy to dostali by najpierw zawału, a potem bez oporów by nas zamordowali: „u mnie czy u ciebie?” A przecież chodzi o to, gdzie jest większe biurko, blat, półka, na której można rozłożyć laptopy, popracować, sprawdzić sprawy, znaleźć rozwiązania, aby nie dać złapać się rano na niekompetencji. I tak po kolei. I tak w każdym miejscu. Jeśli nie ustawisz business tripa tak, aby po prostu zostać na weekend, kiedy tej pracy i związanej z nią spinki nie ma, to miasta czy miejsca nie-za-li-czy-sz. Pomyśl tylko, czy jak już przedłużysz ten pobyt, to czy to będzie fajne, kiedy będziesz tam sam?

Pomimo takich doświadczeń dalej czuję jakąś dziwną magię tych wyjazdów. Wyczerpujące są momenty przemieszczania, trzy kolejki na lotniskach, ściąganie paska, czasem butów i ciągłe oczekiwanie na każdym etapie. Latania mam serdecznie dość i piszę to ja, fascynat latania, turystyczny pilot samolotowy. Może po prostu związane jest to z naszą polską małością, kompleksem zaściankowości i siermięgi PRLu oraz tym, że kiedy już tam jesteśmy i zadzwoni telefon, to możemy wypowiedzieć słynne słowa, nieznanego szerzej Bartka: „nie mogę długo rozmawiać, jestem za granicą”?

A business travel or business trip is a travel done in the course of business or work, other than the daily commuting between home and workplace.

Reasons for business travel
The necessity to conduct business travel may have many reasons. A few are stated below:
– Visiting customers or suppliers
– Meetings at other company locations
– Professional development and attending at a congress*

*źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Business_travel

Podróż służbowa – podróż, którą pracownik odbywa na polecenie pracodawcy w ramach wykonywanej pracy poza miejscowość, w której znajduje się siedziba firmy (lub stałe miejsce pracy pracownika). Podróż służbowa związana jest z delegacją (oddelegowaniem) pracownika do wykonania pewnego zadania.**

**źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Podróż_służbowa

Skomentuj, dyskutuj, wpisz swoje własne wrażenia